wtorek, 1 marca 2016

Kapsztad w dwa dni. (dużo zdjęć)

Będąc służbowo w Kapsztadzie, przypadek zupełny sprawił, że mogłem wykorzystać dwa popołudnia i piękną pogodę i natrzaskać fotek do znudzenia.

Od razu, żeby wkurzyć czytelników, nadmienię, że jest tam pod koniec lutego późne lato i temperatura oscyluje w okolicach 18 - 23°C, pogoda słoneczna, leciutka bryza chłodząca przed nadmiernym upałem, słowem raj dla turystów z Europy i szukających warunków do byczenia się wczasowiczów.

Mnóstwo Francuzow, Niemców, Kanadyjczyków, Anglików, nawet język polski dawało się słyszeć ze dwa razy w miejscach publiczno-turystycznych.

Największym, rozpoznawalnym, choć nienajciekawszym dla mnie obiektem, był kompleks handlowo-usługowy w dzielnicy portowej o nazwie Waterfront. Były to przede wszystkim stare magazyny na nabrzeżach, zgrabnie przerobione na zamknięta przestrzeń, wypełnioną małymi, średnimi i większymi sklepikami, fastfoodami, restauracjami i innymi usługami. Zadziwiającym była mała liczba bankomatów w tym kompleksie, widocznie płacenie plastikiem jest łatwiejsze i bardzo rozpowszechnione na tym obszarze. Ja, z pewnych względów, musiałem pobrać gotówkę, znalazłem jeden punkt bez problemu, ale próbowałem potem znaleźć inny i bez rezultatu.

Po dłuższym spacerze okazało się, ze po drugiej stronie basenu portowego jest następny kompleks, nieco mniejszy, o nazwie Clock Tower, od charakterystycznej wieży zegarowej wywodzący nazwę.

Tam, w pobliskiej restauracji, pod wieczór, na powietrzu, zafundowałem sobie imieninowe mojito z chlebem czosnkowym. Jako że nocowałem na statku, gdzie przy każdym wejściu dmuchało się w alkomat, nie za bardzo można było poszaleć z fetowaniem.

Ciekawostką był fakt zaobserwowania przeze mnie całkiem dorodnych dwóch szczurów, przemykających, mimo tłumów, pod wieczór, przez gwarną ulicę w obrębie Waterfront, tuż przy diabelskim młynie.

Wcześniej mieszkałem w hotelu, czterogwiazdkowym, o rzut kamieniem od Waterfront, z widokiem z okna na Górę Stołową, największą i osobiście spenetrowaną atrakcję turystyczną, z kolejką linową.

Na drugi dzień, wobec niespodzianie wolnego popołudnia, za namową tubylców - kierowcy oraz elektryka statkowego, który również całe życie mieszkał w Kapsztadzie i podrzucił mnie po pracy pod dolną stację kolejki swoim Jaguarem kombi diesel, udałem się na Górę Stołową, Tafelberg, Table Mountain, czy jak tam ona, w kilkunastu językach urzędowych RPA się nazywa.

Kolejka jest dość ciekawą konstrukcją, podłoga podczas wjeżdżania obraca się podobnie do niektórych restauracji w punktach widokowych. Wagonik porusza się z prędkością 9 m/s, przez co uchwycić w kadrze drugi wagonik, podczas mijania, jest pewnym wyzwaniem.

Na górze zaobserwowałem faunę i florę, jakiś taki piesek preriowy, Wikipedia podpowie nazwę, całkiem sporą, trzydziestocentymetrową, jaszczurkę, aloes, ale w formie krzewu, a nie to co znamy z doniczek, kwiaty, całkiem okazałe, kolibra i parę mniejszych płazów. Natrętnych much, komarów, ważek, os, nie stwierdzono.

Nieco dokuczliwe były hałasy powodowane przez mewy, w zasadzie o każdej porze dnia i wieczora było słychać ich krzyki, mimo dość szczelnych okien w hotelu, jak się je juz usłyszało, to przeszkadzały, pomogły zatyczki do uszu i służbowe ochronniki słuchu.

Załączam zdjęcia.




































































sobota, 6 lutego 2016

Jedna gwiazdka, cztery łzy

Ja jako bywalec wielu, naprawde wielu hoteli, zostałem zmotywowany do podzielenia się opinią o jednym - Grand Excelsior Hotel na Malcie, pieciogwiazdkowym, w stolicy tego malego kraju - w Valetta.

Nie jestem specjalnie czepialski, bywało się w hotelach, gdzie okno wychodziło na 7 wymiennikow klimatyzatorów, raz nawet w pokoju bez okna z odgłosami sąsiedniego wyraźnie wskazującego na rozliczanie godzinowe (7 razy w ciagu nocy, bez odgłosu otwierania drzwi - to chyba musiał być marynarz po długim rejsie, pani dawała całkiem profesjonalny zestaw odgłosów, w sumie aż przyjemnie posłuchać, jak komuś jest fajnie), gdzie indziej od wykusza wiało i hałasowalo autobusami jakbym spał na powietrzu, jeszcze w innym, na pierwszy rzut oka ładnym i nowoczesnym, akustyka była taka, że słychać było dokładnie, co mówi przez telefon gość 3 pokoje dalej, no cóż, świat nie jest doskonały i dla własnej wygody lepiej go tolerować w jego kształcie.
Dobrze mieć zatyczki do uszu. Zawsze!

Specyfika mojej pracy polega na tym, że planować można w przybliżeniu +/- 2 dni, jak dobrze pójdzie, statek się może spóźnić, na jakąś dodatkową, nieprzewidzianie zepsutą część można czekać i 3 dni, jednym słowem organiczna manana.

Nie polecam, z wielu powodów, przede wszystkim z tego, że nie można z wyprzedzeniem 24 godzinnym skrócić wczesniej zaplanowanego pobytu. Kolega miał rezerwację do niedzieli, zgłosił, że będzie wyjeżdzał w sobotę, zgłosił to w piatek przed godziną ósmą, czyli dobre 24 godziny przed wymeldowaniem z hotelu, które można uczynić przynajmniej do 11.00. Odmówiono mu skrócenia rezerwacji, musiał zapłacić za nieodbyty pobyt, nie wiadomo dlaczego. Interweniowal on sam, w recepcji i telefonicznie, poprosil o pomoc agenta, bez rezultatu.

 Poza tym minibar jest pusty, a klientowi zamrazaja na koncie kwote dziennego pobytu, powiekszona o 50 euro na ewentualne wydatki, minibar doniosa na żądanie, wiec placimy dobre 150 euro na co najmniej trzy dni wiecej, i, tu najlepszy  punkt programu - przy uiszczaniu naleznosci za pobyt, te zablokowane pieniądze, powiekszone o 50 euro za dzien za głowę - nie sa odblokowywane w momencie płacenia, hotel pobiera następna kase, równa kosztowi pobytu nie korzystajac z tej zablokowanej, co może szybko przekroczyć limit karty przy dluzszym pobycie. Oddaja pieniadze po kilku dniach.

Dodatkowo w pieciogwiazdkowym hotelu kafelki w podłodze w łazience noszą ślady odprysków po jakimś ostrym narzędziu, i to w niejednym pokoju, meble są porysowane od klamek drzwi wejściowych do pokoju, tynk na balkonach jest, oględnie mówiąc, mocno spatynowany czasem, karchera dawno nie widział, ogromne szyby w restauracji z ładnym widokiem są niedomyte od miesięcy, a żeby sobie wybrac jedzenie jakie się lubi, trzeba się porządnie nachodzić - myślę że tak co najmniej 200 - 300 m spaceru, brak tac, stół jest odgórnie przydzielany, najcześciej bardzo odlegly od umiejscowienia szwedzkiego bufetu, mimo pustek na sali.

Tu następna rada dla mniej podróżujących - jeśli jest szwedzki stół, najpierw dobierajcie pieczywo, zimne potrawy i napoje, kawę pózniej, bo często jest kolejka do ekspresu i wolno idzie, a potrawy gorące na samym końcu, najlepiej na ciepłym talerzu, czasami są takie na specjalnych stanowiskach. Dobrze tez wcześniej ogarnąć przyprawy typu ketchup i majonez do tych ciepłych potraw, po stwierdzeniu ich braku i wyartykułowaniu prośby, personelowi może zając chwile, zanim namierzy i przyniesie to, o co prosiliśmy. No, chyba że lubimy jeść wystygłe.

Oczywiście nie ma mowy o żadnym pełnym obłożeniu pokojów, więc tym bardziej dziwi odmowa skrócenia pobytu. Nie przysporzy to następnych. Nikt z naszej, dość międzynarodowej, firmy więcej tu nie będzie nocował, a co trochę ktoś od nas na Maltę przyjeżdża. Trzeba przyznać, że personel jest usłużny, ale co z tego? Rozumiem - kasę trzeba jakos zarobic, ale od dziś jest to pierwszy hotel, a naprawdę w wielu już spędzałem noce - na mojej prywatnej, i nie tylko mojej, czarnej liście. Dokladnie te same wrażenia mają moi koledzy, niezależnie od kraju pochodzenia, z dokładnie 4 krajów, podobnie jak ja, często podróżujący zawodowo. Zapamiętajcie - Grand Excelsior Hotel - Valetta, Malta. Zmieniać, póki się jeszcze nie zapłaciło.