wtorek, 26 czerwca 2012

Depresyjna karpatka na sposób holenderski


Oto cos, co mozna zrobic w czasie porownywalnym do zrobienia budyniu, ciekawe smakowo, dla wybitnie leniwych, jak niespodziewani goscie zadzwonia, ze sa w drodze... dodatkowo niedrogie w sumie
Skoncza sie stresy, ze karpatka nie wyrosnie odpowiednio ksztaltnie, wiec spodziewana depresja ci minie.

bierzemy: krem do karpatki, pare paczek prostokatnych (to wazne) krakersow, gotowa polewe czekoladowa np w opakowaniu prozniowym do wrzucenia do wrzatku czy inna podobnie latwa w przygotowaniu
krem robimy tak jak na przepisie na opakowaniu
blache wykladamy jedna warstwa krakersow, rowno przy sobie, na to krem do karpatki, na to nastepna warstwe krakersow, na wierzch polewe czekoladowa, posypujemy ewentualnie dowolna posypka (kolorowa, czekoladowa, czy inna cholera) i voila!
kroimy, obzeramy sie i chwalimy zrodlo, skad wzielismy tak banalnie prosty przepis.

środa, 6 czerwca 2012

Uczmy dzieci, nie fizyki

Ostatnio mialem okazje przeczytac ciekawy artykul w gazecie pod takim wlasnie tytulem. Zaciekawila mnie koncepcja uczenia dzieci nie dobranych pod wzgledem wiekowym, a pod wzgledem poziomu wiedzy w danej dziedzinie, podzialy bylyby na grupy zainteresowan. Oczywiscie nasuwa sie tu wiele problemow - skad wziac odpowiednia kadre, skoro cale pokolenia zostaly wyksztalcone w obecnym systemie, z nauczycielami wlacznie, jednak jak tak troche pomyslec - to daloby sie przeprowadzic, spojrzmy chociazby na nauke jezyka - sa grupy podzielone bardziej ze wzgledu na zasob wiedzy i umiejetnosci, niz na wiek (mowie o pozaszkolnych kursach i doksztaltach) Mysle, ze wlasnie to jest naturalny sposob nauki. Ilez to talentow zmarnowalo sie w szkole, bo musieli nudzic sie i zniechecac na lekcjach, na ktorych inni z trudem przyswajali (badz nie) wielokrotnie powtarzane wiadomosci, takie, ktore te zdolniachy juz dawno pojely i chcialy wiedziec wiecej... Od razu slysze oponowanie malkontentow - samych nauczonych w dotychczasowym systemie, ze brak nauczycieli, specjalistow, ludzi z pasja... Powoli dokonuja sie zmiany w naszej oswiacie, ale skoro jest internet, moga byc przeciez epodreczniki dostepne online, wyklady, eksperymenty, dyskusje za posrednictwem netu... Tylko problem z baza komputerowa, z tego co wiem wykorzystywana bardzo nieefektywnie.
Przeciez dzieci ucza sie same, z radoscia, byle tylko to bylo przez zabawe. Jesliby dobrze sie czuly, wiedzialy, ze bedzie ciekawie - kto powstrzymalby je przed radosnym udawaniem sie do szkoly ( rany, jak to sielankowo i idealistycznie zabrzmialo, brrr:)
Dotychczasowy system nauki powstal ze dwa wieki temu aby zlikwidowac analfabetyzm i przygotowac robotnikow do pracy. Teraz wyzwania staja przed czlowiekiem zupelnie innego rodzaju - nie chodzi o wykucie slabo dostepnych wiadomosci i wtedy jest sie niby czlowiekiem oswieconym, wyksztalconym, ale o wlasciwe przefiltrowanie nadmiaru informacji, bodzcow, smiecia wszelkiego rodzaju i umiejetnosc wyszukania w tym calym chlamie tego, co bedzie przydatne, praktyczne, dajace zysk, chociazby materialny. Jak wtedy mogloby wygladac spoleczenstwo? Wizjonerzy maja wyobraznie, ktora byc moze umialaby opisac nowa sytuacje i przewidziec zjawiska z tym zwiazane, byc moze taka rewolucja moglaby byc naszym wkladem w historie ludzkosci... takie tam sny o potedze, skoro nie potrafimy jako nacja myslec i dzialac efektywnie zbiorowo -  moze nasze zdolnosci do jednorazowych akcji i poswiecenie sie w ramach rewolucji zaowocuja know-how w tej dziedzinie wiedzy - w sumie nie wymagajacej niewyobrazalnych nakladow na surowce, inwestycje, baze materialna.... Ja, naiwny jak pijane dziecko we mgle, wierze skrycie w potege rozumu ludzkiego, ostatnio cos niewiele dajacego o sobie znac w zyciu publicznym swiata.

wtorek, 7 lutego 2012

Panama


wyskoczylem na weekend do Panamy...
po raz pierwszy, w samolocie linii Condor, z Frankfurtu do Panamy, z miedzyladowaniem na Santo Domingo w Dominikanie, obejrzalem filmik instruktazowy dla pasazerow z zainteresowaniem! Do filmiku wykorzystano sobowtory slawnych ludzi, wiec jak stewardessa mowila cos o bagazu, to w kadr weszla Paris Hilton, Jak bylo o nieuzywaniu sprzetu elektronicznego - Elvis musial przestac spiewac i sciagnac sluchawki, jak opadaly maski tlenowe - Marilyn Monore musiala najpierw zalozyc maske sobie, a potem - siedzacej obok swojej miniaturze w wieku dzieciecym, jak Indianin zaczal palic fajke pokoju, to Old Shatterhand pokazal mu znak o zakazie palenia, a na koniec, przy ladowaniu, Armstrong odsunal rolete w oknie i powiedzial cos o kroku w przyszlosc. W magazynie linii byl reportaz o realizacji tego filmiku, maja sie rzeczywiscie czym pochwalic, to naprawde przykuwalo uwage i przez zabawe - uczylo.
tu jest link, polecam : http://www.youtube.com/watch?v=g8hH74vcqaA
Na lotnisku - pare godzin czekania nie wiadomo na co - mieli mnie w wykazie, chcieli jakas wize, nie rozumiem do czego bylem ja im tam potrzebny, nikt porzadnie nie gadal po angielsku - co dziwne, w koncu pracuja na imigracyjnym na lotnisku!


Po drodze krajobrazy jak w Malezji - bananowce, wilgoc, gory, autostrada jak w Polsce - platna i z takimi dziurami na srodku, ze poczulem sie od razu jakos bardziej swojsko - podobno droge zbudowali nie dalej jak 5 lat temu tuz przed wyborami. Kraj niewielki, gesto zaludniony, szerokosc - 20-40 km, dlugosc okolo 200, ale gory ma duzo lepsze niz nasze - najwyzszy szczyt to okolo 3,5 km npm
Tylko ci, co kosili trawe w rowach, oprocz takich jak nasze podkaszarek, mieli tez i uzywali maczet! Podobno Panama jest druga potega bankowa na swiecie, tuz po Szwajcarii, ale szybko ja goni, bo nie ma zadnych umow o udostepnianie danych klientow - czyli to idealne miejsce dla mafii i innych bossow do przechowywania i prania brudnych pieniedzy, poza tym Panama to takze jedna z najpopularniejszych tanich bander...
W Panamie posluguja sie rownolegle amerykanskimi dolarami, w zasadzie jako banknoty widzialem tylko dolary, i ichnia waluta - balboa, jako reszte dostalem cwiercdolarowke i rownowartosc balboa - mialy nawet te same wymiary.

A to sa motocykle policyjne, zatrzymali nas po drodze, nawet jedna policjantka to kobieta byla...
Z ciekawostek zaczerpnietych z wikipedii: to kraj, w ktorym przyrost naturalny oscyluje w okolicy 20 promili, a 30% ludnosci nie przekroczylo 14 lat zycia.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Sos do spaghetti












Spaghetti po polsku-bolonsku

Wiktuały:

3 cebule

olej

czosnek - musi być!

listki laurowe

ziele angielskie

mieso mielone - indycze, wołowo-wieprzowe, wieprzowe, co jest pod ręką - około pół kilo

koncentrat pomidorowy 30 g

sol, pieprz, ew. papryka, powidła, cukier - do smaku, wino czerwone

makaron spaghetti



pokrojoną dowolnie cebulę szklimy na rozgrzanym z listkami laurowymi i zielem angielskim tłuszczu
na zeszklona wrzucamy drobnymi kawałkami mięso mielone - im drobniejsze kawałeczki - tym lepiej
smażymy mięso do sczernienia lub zbielenia, jeśli drobiowe
dodajemy połowe rozgniecionego czosnku, koncentrat pomidorowy i grzejemy dalej, jesli zrobi sie przypalające - dodajemy pół szklanki wody
wszystko gotujemy około pół godziny do 45 minut
sol, pieprz do smaku, jeśli mięso jest kwaśnawe po tym wszystkim (zdarza sie, zależy od mięsa) dodajemy ze dwie łyżeczki cukru, ja dodaję zawsze z łyżke stołowa powideł, koniecznie węgierkowych, najlepiej międzychodu lub łowicza, na koniec podgrzewania drugie pół surowego rozgniecionego czosnku

w tym czasie można zacząć gotować wode na makaron spaghetti i ugotować go na "al dente", jak dodamy lyzke oliwy do wody bedzie sie mniej kleil, mozna go zahartowac zimna woda w durszlaku, ale wtedy sos powinien byc cieply.
sypiemy na makaron dowolną ilość pokrojonego na wiórki dowolnego sera żółtego
na to sos, mieszamy i obżeramy sie do nieprzytomności wspominając dawcę przepisu ciepłymi słowy

sos jest dużo lepszy, jeśli sobie postoi z dzionek boży w lodówce, przed podaniem warto go podgrzać, nawet w mikrofalówce

zimny jest też smaczny, na świeży chleb foremkowy np., konsystencja na ciepło powinna być raczej stała niż wodnista, coś jak dobra żołnierska grochówka, w której łyzka stoi pionowo

Wypróbowane na ludziach, że nawet podawane przez okrągly tydzień nie nudzi się, idealne danie kawalerskiej kuchni

powyższa porcja, jak to nie są chłopi z pola, starcza spokojnie na 5 osób na raz, a jak kto oszczędny i ma dzieci małe to na dwa dni na 3 osoby na luziku

w mojej wieloletniej karierze podawacza tego przepisu nie spotkałem jeszcze nikogo, komu by nie smakował, albo tylu dobrze wychowanych ludzi nosi świat, w co wątpię

sobota, 22 października 2011

Słów parę o Hiszpanii

kwiecien 2008
to akurat Barcelona i Sagrada Familia


I znooowu siedze na lotnisku, tym razem Oviedo/Asturias, bo Hiszpanie nie mogą się zdecydowac, której nazwy uzywać oficjalnie, na biletach jest Oviedo, a na tablicach świetlnych oczywiście, dla zmylenia przeciwnika - Asturias, to jest lekko zachodniopółnocne wybrzeże Atlantyku, wiec pogoda bynajmniej nie jest śródziemnomorska, czasem, jak jest słońce to dochodzi do 17-18 stopni w cieniu, ale jak deszcz i wieje to tyle co w Polsce, albo i mniej - teraz jest np 9, a w tym czasie u nas - 14, wieje i leje tak, jak nie przymierzając w Bergen, gdzie właśnie bawiłem ostatnio i dowiedziałem się, że to właśnie tam jest najwieksza ilość opadow na świecie! I odczułem to na własnej skórze też, bo na 2 tygodnie pobytu, byl jeden dzień taki, że z pieknego stanowiska widokowego na pobliskiej górze można coś było zobaczyc i powygrzewać sie w słońcu, a we wszytkie pozostałe juz bylo chmurno, durno, nieprzyjemnie, jak kiedyś śpiewał jeden z moich ulubionych wykonawców kabaretowych Jan Kaczmarek (niedawno przestał palić).
Hiszpanie albo nie mówią po angielsku - i wtedy nie jest to problem, trzeba samemu zacząć sie uczyć, albo mówia ze strasznym akcentem, dostałem krotkofalówke, zeby coś tam zsynchronizować, i o ile gościa na żywo jeszcze jako tako rozumiałem, to przez to urządzenie się już nie dało, musiałem biegać i "ręcznie" słuchać co trzeba robić następne.
A propos nauki, zamówiłem subskrypcję na bezpłatne kilka lekcji hiszpańskiego z jednej szkoły językowej i, o dziwo, przychodzą, regularnie co dzień jedna, nie można przyspieszyć niestety, więc jak dojdzie do jakiego takiego poziomu zaawansowania to ja już dawno pewnie będę znów w Norwegii, albo Botswanie. Ale za to wiem już dlaczego Mallorka czyta się Majorka i podobne rzeczy.
U nich po prostu dwa "l" (ll) czyta sie jak polskie "j", zawsze, a "v" jak polskie "b", tak ze swojsko wygladające vino czyta sie bino! (znaczy wlasnie wino, albo przyszedł) Dość popularne w kręgach barowych wyznawców słowo cerveza (piwo) czyta sie jak "therbeza" (jak w angielskim th) w hiszpanii, a "serbeza" w Amerykach
Mogę kilka zacytować, a są to mam nadzieję ciekawostki warte rozpowszechniania, bo obalanie stereotypów to jest jedna z moich ulubieńszych misji otrzymanych od Blues Brothers.
Np.:
W Hiszpanii zawsze świeci słońce. Nieprawda. Nie w całej Hiszpanii. Faktycznie, liczba dni słonecznych w roku jest imponująca, są jednak miejsca, gdzie całkiem zdrowo leje – przede wszystkim na północy. Podobno w Santiago de Compostela deszcz pada we wszystkich kierunkach, nie tylko z góry na dół, ale i z dołu do góry, z boku po przekątnej itp.
  Wszyscy Hiszpanie tańczą flamenco. Nieprawda. Czy wydaje Ci się, że wszyscy Hiszpanie klaszczą, przytupują i krzyczą Olé! przy dźwiękach gitary? Nie wszyscy. Flamenco to taniec pochodzący z Andaluzji, na północ od Kordowy nikt flamenco nie tańczy! Poza tym naprawdę tańczyć flamenco umieją nieliczni, cała reszta, no właśnie, przytupuje i malowniczo macha rękami.
  Wszyscy Hiszpanie chodzą na korridę. Nieprawda. Korrida to niezwykle silnie zakorzeniona w Hiszpanii tradycja, jednak przez wielu Hiszpanów uznawana jest za barbarzyństwo i wstyd narodowy.
A kiedy nie tańczą flamenco ani nie siedzą na korridzie, leżą na plaży. Prawda, w tym sensie, że większość Hiszpanów uwielbia plażę, słońce i morze (trudno się dziwić). Hiszpanie są bardzo przywiązani do swojego klimatu i kiedy jest im zimno albo kiedy przez szereg dni nie ma słońca, ich dusza cierpi! Wakacje większość Hiszpanów spędza we własnym kraju – na plaży. Po co się poniewierać po świecie kiedy wszystko co do szczęścia potrzeba ma się pod nosem?
Wszyscy Hiszpanie krzyczą albo „głośno rozmawiają”. Prawda. Cichym narodem to na pewno Hiszpanie nie są. Często kiedy słucha się jak rozmawiają, wygląda, że się strasznie kłócą, a oni
tylko rozmawiają!
Hiszpanie są komunikatywni, otwarci i przyjaźni. Półprawda. Hiszpan Hiszpanowi nierówny. Niektórzy zachowują zupełnie nordycki dystans, inni od razu zaczynają rozmowę i zapraszają do siebie „następnym razem jak będziesz w Walencji” – ale oczywiście nie podają adresu.
  Nie ma jednej Hiszpanii. Prawda. W każdym miejscu znajdziesz inną Hiszpanię. Podróż przez Hiszpanię to niezwykłe doświadczenie – krajobraz, zwyczaje, mieszkańcy, akcent, z którym mówią – zmieniają się jak obrazki w kalejdoskopie.
Hiszpanie celebrują posiłki. Prawda. Można im tego pozazdrościć! W Hiszpanii nie ma mowy o jedzeniu byle czego i byle jak, na ulicy na przykład. Posiłek je się za stołem, popijając szklaneczką wina lub piwa, w dobrym towarzystwie i bez pośpiechu.
  Hiszpanie śpią po południu czyli udają się na "siestę". Półprawda. Faktycznie, zwłaszcza latem, w południe na 2-3 godziny zamyka się sklepy i bary i wszyscy się gdzieś chowają. Co robią?
Niektórzy śpią, inni idą na obiad. W wielu firmach ludzie pracują bez tak długiej w środku dnia przerwy jak to miało miejsce dawniej – wszystkie biura mają klimatyzację i zmuszanie ludzi do
wychodzenia na dwie czy trzy godziny przestało mieć sens.
  Wszyscy Hiszpanie piją kawę. Prawda. Herbatę pije się kiedy boli żołądek.
  Hiszpanie „odwalają mañanę”. Nieprawda. Narody południowe są pokrzywdzone w tym sensie, że zawsze uważa się je za mniej pracowite. Jak w każdym innym kraju, jedni pracują więcej, inni mniej. Nie ma tu reguł. Na przykład, jeżeli chodzi o obsługę w restauracjach, wiele moglibyśmy się od Hiszpanów nauczyć.
  Hiszpania jest inna. Prawda. Było kiedyś takie hasło: „España es diferente”. Hiszpania naprawdę jest inna niż jakiekolwiek miejsce na świecie. Wszystko jedno czemu to przypiszemy: czy położeniu geograficznemu - naturalna bariera, Pireneje, oddziela Hiszpanię od reszty Europy, czy bliskości Afryki, czy burzliwej historii kraju, czy słonecznemu klimatowi - Hiszpania naprawdę „es diferente”.

A jako, że interesuję sie także historią lekutko, z uwzględnieniem historii języka, to znów zacytuję:

Wiadomo, że hiszpański jest podobny do włoskiego, portugalskiego, francuskiego… Są to tak zwane języki romańskie. I tu zazwyczaj kończy się nasza wiedza na ten temat…Dlaczego nazywają się romańskie? Kiedy właściwie ludzie zaczęli mówić po hiszpańsku?
W pierwszym tysiącleciu przed naszą erą półwysep zamieszkiwały nacje określane mianem Iberów (od nich nazwa geograficzna). Prędko też pojawili się przybysze z innych stron, między innymi Celtowie na północy i Fenicjanie na południu – na wybrzeżu Morza Śródziemnego, tam gdzie dziś jest Andaluzja, a także Grecy w dzisiejszej Katalonii. Część Iberów „wymieszała się” z Celtami i powstała nowa grupa etniczna – Celtyberowie.
  W tym samym czasie obie strony Pirenejów zamieszkiwały ludy, których wspólnym językiem był baskijski – język, którego pochodzenia w dalszym ciągu nie wyjaśniono.
Język hiszpański wziął się od łaciny, języka Rzymian. Rzymianie przybyli na Półwysep Iberyjski w III wieku przed naszą erą i pozostali tam aż do upadku imperium czyli do V wieku naszej ery. To dlatego tyle w Hiszpanii rzymskich pozostałości: amfiteatrów, akweduktów, mostów.
Kiedy myślimy o dzisiejszej Hiszpanii - o tym jak niezwykła i bogata jest jej kultura, jak bardzo różnią się od siebie jej poszczególne regiony, pamiętajmy, że na przestrzeni co najmniej dwóch tysięcy lat półwysep „odwiedzili” (między innymi) Celtowie, Fenicjanie, Grecy, Kartagińczycy, Rzymianie, Wizygoci i Arabowie. Obecność tych ostatnich miała ogromny wpływ na język, kulturę i architekturę Hiszpanii i przedłużyła się do prawie ośmiu wieków – od początku VIII do końca XV wieku n.e., tak długo trwała bowiem rekonkwista czyli odbicie półwyspu z rąk Arabów i ostateczna jego chrystianizacja.
W średniowieczu na dzisiejszą Hiszpanię składało się kilka chrześcijańskich królestw (Kastylia, León, Aragonia, Nawarra i Portugalia) plus tereny zajęte przez muzułmanów - głównie na południu.
Na długo przed połączeniem się chrześcijańskich państewek w jedno, część półwyspu znajdująca się pod władzą chrześcijan zaczęła być określana w Europie jako „Hiszpania” – już około wieku XI.
Jednak uformowanie się Hiszpanii kojarzy się przede wszystkim z małżeństwem Królów Katolickich – Ferdynanda Aragońskiego i Izabeli Kastylijskiej, zakończeniem rekonkwisty i rozpoczęciem podboju Ameryki. Miało to miejsce pod koniec XV wieku. Rok 1492 bardzo umownie oznacza powstanie Hiszpanii jako państwa.
Równolegle do wszystkich tych wydarzeń ewoluował język, który dzisiaj nazywamy hiszpańskim.
Najstarszy etap w historii języka hiszpańskiego to wieki średnie – między X a XV – zanim jeszcze Hiszpania stała się jednym państwem. Już w XIII wieku król Kastylii i Leonu Alfons X zwany Mądrym zlecił pisanie dzieł historycznych, astronomicznych i prawniczych, a także przetłumaczenie Biblii i sporządzanie akt notarialnych po kastylijsku, nie po łacinie.
Co znaczy kastylijski? Język hiszpański określa się też mianem kastylijskiego – castellano. Termin ten pochodzi od nazwy średniowiecznego hiszpańskiego: castellano to język, jakim mówiono w ówczesnej Kastylii (Castilla, tierra de castillos – ziemia zamków; zamków było tam mnóstwo ze względu na ciągły konflikt z Arabami i z innymi królestwami). Dzisiaj castellano i español to synonimy.
Historia nowożytnego języka hiszpańskiego zaczyna się w roku 1713, kiedy to powstaje Real Academia Española – Królewska Akademia Hiszpańska. Ta prestiżowa instytucja opiekuje się językiem hiszpańskim: określa normy, publikuje słowniki itp.
Ludność Hiszpanii oprócz hiszpańskiego posługuje się innymi językami, z których najważniejsze to: catalán – kataloński, gallego – galicyjski i vasco – baskijski. Nie zapomnijmy, że są to odrębne języki – nie dialekty hiszpańskiego.

Trochę to może nudne i niektorzy to mieli w szkołach, ale zostanie mi na blogu i będę sie mógł sobie zaglądnąć czasem.
Z ciekawostek bardziej szczególnych mogę podać, ze stacjonując w małym miasteczku, właściwie w malutkim baraczku należącym do stoczni w położonej naprzeciwko zatoce, można tam było zobaczyć jedną, drobną kobietę, przemykającą z jakimiś planami, a w czasie prób morskich okazało się, że jest to stoczniowy kapitan. Drobna była, starsza lekko chyba ode mnie i się tak biedula pochorowała w czasie 100 km rejsu, jak nie przymierzając ja, pierwszy raz w życiu, leżałem sobie spokojnie na podłodze zieloniutki, oddawałem Neptunowi, co jego i słuchałem muszli, po mniej więcej 2 godzinach mi przeszło. Jednak mały holownik nisko zanurzony to zupełnie coś innego niż duży 50-tysięcznik, jakimi miałem do tej pory okazje się rozbijać na próbach. Kiwa dosłownie we wszystkie strony i to z jaką częstotliwością!
Kapitan armatora był Anglikiem, niezły oryginał, przychodził w słomkowym kapeluszu i w trampkach, po raz kolejny przekonałem się, że Anglicy są naprawdę bardzo uprzejmi.
Miałem również okazję poklubingować po barach razem z Norwegami, moim mrukiem, od którego się miałem trenować w fachu, z żadnym skutkiem, bo musiałem sam do wszystkiego dochodzić patrząc co robi i wertując sam dokumentację, i drugim, z innej firmy, mającym zresztą dziewczynę w Gdańsku, Polkę, co niewątpliwie świadczy dobrze o jego dobrym guście i walorach rozrywkowych, nawet parę zdań po polsku już potrafił, i skończywszy koło 6 stwierdzić muszę, że tam nie ma sensu wychodzić w miasto przed 1-2 w nocy, pustki w barach, ruch zaczął sie naprawde dopiero koło 3, zapchane jak śledzie puby, mało kto w ogóle tańczył, głośno, nie wiem po co oni tam siedzą, skoro porozmawiać nie można. A miasteczko bardzo malutkie, nie wiem skąd się tam wzięło tylu ludzi na raz w tych pubach.
Drogi mają porównywalne do naszych, krajobraz o wiele ciekawszy, bo góry i morze naraz. Ładne wiadukty i mosty i duże przypływy i odpływy, na moje oko różnica poziomów około 3 metrów, może więcej. Jak był odpływ to nasz holowniczek siadał na dnie i nie można było odpalić silników, dlatego między innymi musieliśmy popłynąć taki kawał, bo za 2 -3 dni trzeba by było czekać z miesiąc na odpowiedni stan wody.

poniedziałek, 17 października 2011

O natury porządku...



Ostatnio mialem do czynienia z jedna refleksja: otoz mlodzi ludzie, z ktorymi mialem do czynienia jednoznacznie zauwazyli, ze sa domy, w ktorych czuja sie o wiele lepiej, niz w innych - tam jak wpadna, zostana posadzeni przy stole, na stol wyjedzie herbata, kawa, czy co tam zechca, jak bedzie to pora posilku - znajdzie sie zawsze cos na poczestunek, i to przy wspolnym z domownikami stole, zostana powypytywani, ale nie z niezdrowej ciekawosci, ale zyczliwie, co tam slychac, jak zycie plynie - a nastepnie - co wazne - wysluchani co maja do powiedzenia. Nie byloby w tym nic specjalnie dziwnego - sa takie miejsca, gdzie ludzie lubia i takie, gdzie nie lubia bywac, ale do tej refleksji doszla jeszcze jedna - zwykle domami, w ktorych ci mlodzi ludzie lubia bywac sa takie - jak to eufemistycznie okreslili - w ktorych wspolczynnik nieuporzadkowania jest wyzszy niz pokazywane jest to w folderach reklamowych plytek ceramicznych badz mebli i wnetrz... Nazywajac rzecz prosto z mostu - panuje tam rozgardiasz, nie ma poukladanych pedantycznie recznikow w lazience, pewne, od dawna zostawione niepotrzebne na pozor sprzety pozostaja niesprzatniete dlugie dnie, jak nie miesiace.... Generalnie - zwraca sie uwage na rzeczy inne niz porzadek za wszelka cene. Podoba mi sie ta refleksja, nie od rzeczy jest tu uwaga, ze sam nie naleze do tych porzadnickich, a do tego znalazlem sobie uzasadnienie - czy kto widzial porzadek na biurku geniusza? Jakos tak mi nijako, a mam wrazenie ze nie jest to odosobnione uczucie, ze w nieskazitelnym wnetrzu, gdzie gospodarz, badz gospodyni, czyha ze zmiotka na kazdy okruszek, poprawia nerwowo kazda falde na obrusie czy z okrzykiem przerazenia patrzy na krople, ktora skapuje z butelki na podloge to nie jest nastroj na rozluznienie, swobodna rozmowe, wymiane mysli, uczuc, wrazen...
O dziwo, sa oczywiscie wyjatki, ze chadza sie do ludzi, ktorzy maja mieszkania ladne, wystudiowane, zadbane i nie robia z tego specjalnego halo, ale to z wlasnego doswiadczenia - na palcach jednej reki stolarza policzyc mozna...
Tak samo zwierzeta - jesli jest ich sporo, jakies koty psy, papugi, rybki, zolwie, weze, krokodyle - od razu, jesli nie sa rozpieszczone i w miare zdyscyplinowane (czyli pies nie rzuca sie na wieczorowo ubranych gosci z pazurami do lizania przy poblazliwym spojrzeniu gospodarza - 'czyz nie jest on uroczy - tak lubi gosci') - mozna stwierdzic, ze dodaja klimatu, w ktorym czujemy sie dobrze.
No i jeszcze sprawa kapci, zdejmowania butow i podlog - byc moze znow jestem odosobniony w tym pogladzie, ale uwazam, ze to podlogi sa po to, zeby znosic obuwie ludzi, a nie odwrotnie - sam widze, jak jest bloto, to wejscie w mokrych zabloconych butach nie jest szczytem marzen gospodarzy, ale jak jest sucho, wybieramy sie w gosci, panie na obcasach, panowie w lakierkach - nieodwolalne zaproszenie do zdjecia obuwia, badz przyniesienie miekkich kapci - jest nie na miejscu, trudno - naniesie sie - to sie posprzata. Inna opcja swiadczy o pewnym ograniczeniu umyslowym badz problemami osobowosciowymi wyladowywanymi w pedantycznosci, checi uporzadkowania coraz bardziej nas otaczajacej nas rzeczywistosci...

I to by bylo na tyle, a nawet na przedzie...