środa, 1 listopada 2017

Marsylia - minimax II, czyli minimum słów, maksimum fotek




Byłem w Marsylii niecały tydzień temu, gdy u nas szarugi, 8 stopni, wiatry i deszcze, tam w dzień 18-24 stopnie, słonecznie, żadnych opadów od kilku miesięcy.
Dzielę się więc.
Jak starczy mi wytrwałości poopisuję fotki, na razie niech obrazy przemówią same za siebie:

Niecały rok temu zafundowali sobie napis w stylu Hollywood na wzgórzu, podobno po serialu Netflixa








Marinę mają wypasioną






 No stromo!






 Kościół Notre Dame de la Gard, z którego są prawie wszystkie fotki z szerszymi widokami 



 Notre Dame de la Gard w środku








                                      





 w Ameryce biją Murzynów, a w Marsylii palą auta na ulicach



 Cyrk przyjechał!!! Na kółkach!




Czasami płaczę obierając marchewkę, żeby cebuli nie było przykro...

Lubię drobne ułomności w rzeczach.

Stanowią o ich niezwykłości, odmienności od idealnych klonów całej reszty masowej produkcji.
Oczywiście nie takie ułomności, które nie pozwalają używać ich w ich zasadniczym przeznaczeniu, ale jak nie mają jednej, mniej istotnej funkcji, nie są idealnie gładkie, mają rysę, skazę, która nie wpływa na ich działanie - to lubię!

Miałem kiedyś kalkulator naukowy, który nie włączał się łatwo, przełącznik nie stykał, po kilku próbach odkryłem, że wystarczy nie dociągać tego wyłącznika (był przesuwny) do końca i działał zupełnie dobrze, a dostałem go za darmo od kumpla, którego denerwował.

Zawsze używam jakiegoś telefonu, który wpada mi w ręce do naprawy, nie daje się poprawić, więc go przejmuję bezpłatnie, jako śmieć, a po analizie uszkodzenia dochodzę do wniosku, że jest całkiem do rzeczy. Tak było z obecnym, starym modelem smartfona Samsunga, ma pęknięty wyświetlacz i bateria wystarczała na góra 5-6 godzin, nikt go nie chciał, a ja, poczytawszy w necie o jego funkcjach, stwierdziłem, że jest o niebo lepszy od służbowego Blackberry'ego, który w pełni sprawny, nie pozwala na tysiące zastosowań, które ten niepełnosprawny Samsung umożliwia - to przede wszystkim możliwość używania Yanosika, udostępniania internetu w trasie mojemu GPS-owi (Blackberrego Bluetooth GPSa nie widział), ba, sam Samsung mógł być całkiem sprawnym GPS-em, czego nie można powiedzieć o BB. Najpierw używałem go z zawsze gotowym powerbankiem w kieszeni i ładowałem, kiedy tylko się dało, potem odkryłem, że Chińczycy przygotowali baterię o podwójnej pojemności z inną tylną klapką, w sumie dość tanio, bo za jedne 30 zeta i po miesiącu oczekiwania telefon odzyskał funkcjonalność baterii, trzyma cały borzy dzień, z tym, że nie pasują teraz na niego żadne etui, więc kupiłem elastyczne i porozcinałem mu tył, żeby jakoś wszedł i nie stłukł się do końca.

Tak samo mam ze starym iphonem 4, którego dostałem, żeby mu zdjąć simlocka z jakiejś kanadyjskiej sieci, nie udało się, nie warto było wydawać na jakieś płatne sztuczki, bo taki sam bez simlocka kosztował w Polsce taniej, więc go przejąłem i zacząłem odkrywać zalety intuicyjności system Apple'a. Choć wcześniej byłem nieco uprzedzony do przesadnie drogich produktów z jabłkowym logo, odkryłem niesamowite cechy - jakość, trwałość obudowy, łatwość obsługi, brak wirusów, doskonałą jakość aparatu fotograficznego, dobrą baterię, funkcje, które nadal mogę wykorzystywać mimo braku połączeń telefonicznych, jak portfel, podsuwający elektroniczne karty pokładowe w odpowiednim momencie przed odlotem itp. Tak, że w pewnym momencie nosiłem drugi aparat tylko jako budzik, aparat fotograficzny niezłej jakości, gps, czytnik PDF w samolocie, notatnik, odbiornik poczty elektronicznej, wszystko, poza dzwonieniem, choć jak jest się w zasięgu wifi, to i tak można dzwonić przez facetime albo jakiegoś vibera czy Skypem. To było przed tym wspominanym wcześniej Samsungiem.

To, że jeżdżę bardzo długo z niewyklepanym wgnieceniem w samochodzie, czy z dziurą w progu w drugim, to chyba oczywiste.

Tych rzeczy raczej nikt nie chce już używać, iPhone nie ma już programowego wsparcia Apple'a, nowe aplikacje nie są obsługiwane przez stary system, więc aktualizacje mogą spowodować zaprzestanie działania apki, ale mnie to nie przeszkadza, co działało to działa, nie muszę mieć najnowszych funkcji, a szkoda mi wyrzucać czy utylizować coś, co jeszcze zupełnie zadowalająco działa.

Tu jest chyba klucz sprawy - jeśli coś jest wystarczające, zadowalające, mimo że istnieje coś jeszcze lepszego, wydajniejszego, nowocześniejszego, albo po prostu nowszego, ładniejszego, nie ma sensu tego wymieniać. Koszt środowiskowy wymiany jest większy, niż używanie mniej wydajnego systemu, zawsze lepiej np. wydzielać troszkę więcej tlenków azotu w spalinach, niż od nowa wyprodukować nowy samochód, a stary zezłomować i zutylizować resztki.

Więc jestem technicznym konserwatystą, z mottem: lepsze jest wrogiem dobrego!
Mam takich rzeczy wiele, choć muszę przyznać, że niektóre kupuję też tylko z pasji do czegoś nowego, w zasadzie dla hobby, są to latarki, zegarki, lornetki, lupy, czasami nierozpoznane wcześniej gadżety, żeby sprawdzić, czy naprawdę są użyteczne.
Więc nie całkiem konserwa.

Te ułomne rzeczy są tak niepowtarzalne, że nie da się ich pomylić z tymi nowymi, masowo zalewającymi nasz świat modelami, i jak czasem przy spotkaniu trudno odróżnić gdzie kto siedział po jednakowych plecakach, czy identycznych telefonach na blacie, to ja nie mam z tym żadnego problemu, zawsze to jakaś zaleta.

A jak się wie, jak coś działa, nietrudno ominąć lub brać pod uwagę ich wadę i żyć z tym bezstresowo.
Namawiam do podobnych działań, w końcu środowisko ma skończone zasoby, a opinia wydawana na podstawie posiadanych przez nas rzeczy, których używamy na co dzień, ferowana przez innych powinna nas obchodzić tyle, co zeszłoroczny śnieg.

wtorek, 3 października 2017

Zapadanie się - studium


Zapadanie się - poczucie, że wszystko jest nieistotne, odrywanie się od doczesności, tak jakby wszystko, co związane z życiem, zwyczajnym życiem, nie dotyczyło, było zbędne, przeszkadzało, uwierało, drażniło.
To, co było potrzebne dotychczas - to tylko szkliwo, twarda, gładka, bardzo cienka powłoka, pozwalająca gryźć i przez to jeść i trawić, ale przecież nikt nie każe ciągle jeść, więc można popościć przez czas jakiś. Funkcjonuje, nawet składnie, użytecznie, ułatwia przeżycie, dopóki nie pęknie. Wtedy zaboli.
Czasem człowiek ma poczucie, że wydarzenia, zachodzące wokół i jego dotyczące, są jakieś mało ważne, jakby dotyczyły jakiegoś innego członka rodziny, dalekiego i niekoniecznie lubianego, choć to przecież rodzina.
Nie chce się.
Nie chce się zabrać do czegokolwiek.
Wszelkie dźwięki albo są nieistotne, albo drażniące, irytujące, irracjonalnie irytujące.
Sąsiad piłujący drewno na zimę.
Odgłos pikania przy cofaniu śmieciarki.
Jakiś ptak skrzeczący o 4:30, choć się potem uspakaja i przestaje. Ale wtedy inne zaczynają drzeć dzioby. Cichną koło 6:30
Śpi się. Śni się. Budzi się w dziwnym rozedrganiu i chłodzie, kłującym małymi szpileczkami wszędzie, z wyjątkiem czaszki, bo tam łupie.
Nicnierobienie jest błogie, otulające jak aksamit. Jednak zgubne. Człowiek jest istotą społeczną i aktywną. Społeczność nie wybacza aspołeczności i bierności.
Dochodzi niezrozumienie. Nie chce się? Leń! Zrób coś ze sobą! Weź się w garść! Przecież tak nie można! Masz obowiązki! Dzieci, druga połowa jabłka, potrzeby innych, niezaspokojone...
Ktoś czegoś chce. Inny też czegoś chce. Następny też...
Twojej reakcji, pochwały, ankiety, maila, loginu, obietnicy następnych zakupów... czasem porady, jak się na czymś znasz, a oni nie.
Wymagania, etapy, rozwój, zwiększanie wartości dodanej, optymalizacja, minimalizacja nakładów - o, minimalizacja wysiłku to jest coś!
Sensem życia staje się życie godne, dobrej jakości, koniecznie długie, najlepiej bez bólu, dentysta nie chce się męczyć i wiercić bez znieczulenia, bo mu zaburzysz harmonogram wizyt, jak będzie musiał wiercić ostrożniej, a nie jak najszybciej.
A sensem życia przecieź nie jest zachowanie zdrowia. Jak najdłużej.
Twoje pasje i to, co cię kręci są jakieś dziwne.
To przecież ryzykowne, niebezpieczne, tak się nie robi, to takie niedojrzałe, szczeniackie, ile ty masz lat? W twoim wieku?
Motocykl - kryzys wieku średniego. Automatyczna łatka. Szybka maszyna, jeździ jak wariat, a pod kaskiem siwiejący łeb.
No ale to tylko takie hobby, próba realizacji marzeń z wieku młodzieńczego. Jakich marzeń? Co to są marzenia? Takie sny, kiedyś, dawno, wyidealizowane wrażenie przyjemności, rozkoszy, szmerku w głowie, upicia na wesoło, które nigdy już potem się nie powtórzyło, potem już tylko najpierw plątanie języka, pseudofilozoficzne dywagacje, coraz bardziej zmieniające się w bełkot, potem zatrucie, zapadnięcie w nicość i niepamięć, następnego dnia amnezja i zemsta sponiewieranego organizmu, fizjologiczna.
We śnie jest przyjemność, błogość, rozkosz robienia jakiejś rzeczy - w realu tylko popłuczyny po tej przyjemności.
Spotkanie się z zachwytem drugiej osoby - miłe uczucie, ale nieswojo. Może wrócić do dobrze znanej, oswojonej, wypracowanej bylejakości i beznadziei? To łatwe!
Trzask prask i po krzyku. Trochę szkoda. A mogło być tak pięknie...
Taka bieda, panie, że pijak, chcący na piwo parę groszy, jeszcze dołożył mi, żebym już przestał.
A niby jest tak pięknie... przestronnie, czysto (tak, koniecznie musi być czysto, poukładane, każda rzecz ma mieć swoje miejsce, swój czas, swoje przeznaczenie, każda wykorzystywana, zbędne będą usunięte, nie do śmieci, do odpowiedniego worka na selektywne odpady, tu szkło, tu metal i plastik, tu karton i papier, tam biologiczne, tu zbędna odzież. No i baterie, te zawsze osobno, żeby nie zatruwać środowiska)
Ech, eutanazja! Trzeba sobie przygotować wszystko, żeby w razie czego móc się uwolnić od tego bólu istnienia, bezboleśnie odejść, zasnąć, skończyć, skończyć jako urna na kominku... A nie, nie można, bo ktoś ustanowił prawo, że to by było bezczeszczenie zwłok, tak jak nie można rozsypać popiołów po bliskiej osobie na cztery strony świata, bo ochrona środowiska, bo to, bo tamto.
Teraz to nawet nie można się skremować w trumnie kartonowej, musi być przynajmniej sosnowa, ktoś musi zarobić, przyciąć na tym ostatnim pudełku, takie przepisy... co zrobić, panie?
Kloss to miał dobrze, czy Stirlitz, kapsułka z trucizną przyczepiona do zęba, czy policzka wewnątrz, nie pamiętam juź.
Chwilowo pokój to cały świat, sufit - jedyny widok, jedyne uczucie - przychodzący dementorzy, niektórzy wielcy, niektórzy słabi, raz na krótko, raz na dłużej, czerń, rozpacz, beznadzieja, zapaść.
Letarg.
Odpocząć, choć przecież od czego? Nicnierobienia? Ale przecież jest takie zmęczenie, przewlekłe, chroniczne, obezwładniające, wszechogarniające...
A tu piękny poranek, słonko rankiem wstało, idź do światła, na świeże powietrze, ciesz się życiem, życiem do życi...
Trzeba korzystać z pogody, może poznasz nowych przyjaciół, misiu...
Nie, prosiaczku, mały książę, książę ciemności, nie!
Chyba już nie poznam, chyba że w Poznaniu.

A życie? Życie toczy się dalej. Jak pociąg towarowy, powoli, ale nieubłaganie.