wtorek, 7 lutego 2012

Panama


wyskoczylem na weekend do Panamy...
po raz pierwszy, w samolocie linii Condor, z Frankfurtu do Panamy, z miedzyladowaniem na Santo Domingo w Dominikanie, obejrzalem filmik instruktazowy dla pasazerow z zainteresowaniem! Do filmiku wykorzystano sobowtory slawnych ludzi, wiec jak stewardessa mowila cos o bagazu, to w kadr weszla Paris Hilton, Jak bylo o nieuzywaniu sprzetu elektronicznego - Elvis musial przestac spiewac i sciagnac sluchawki, jak opadaly maski tlenowe - Marilyn Monore musiala najpierw zalozyc maske sobie, a potem - siedzacej obok swojej miniaturze w wieku dzieciecym, jak Indianin zaczal palic fajke pokoju, to Old Shatterhand pokazal mu znak o zakazie palenia, a na koniec, przy ladowaniu, Armstrong odsunal rolete w oknie i powiedzial cos o kroku w przyszlosc. W magazynie linii byl reportaz o realizacji tego filmiku, maja sie rzeczywiscie czym pochwalic, to naprawde przykuwalo uwage i przez zabawe - uczylo.
tu jest link, polecam : http://www.youtube.com/watch?v=g8hH74vcqaA
Na lotnisku - pare godzin czekania nie wiadomo na co - mieli mnie w wykazie, chcieli jakas wize, nie rozumiem do czego bylem ja im tam potrzebny, nikt porzadnie nie gadal po angielsku - co dziwne, w koncu pracuja na imigracyjnym na lotnisku!


Po drodze krajobrazy jak w Malezji - bananowce, wilgoc, gory, autostrada jak w Polsce - platna i z takimi dziurami na srodku, ze poczulem sie od razu jakos bardziej swojsko - podobno droge zbudowali nie dalej jak 5 lat temu tuz przed wyborami. Kraj niewielki, gesto zaludniony, szerokosc - 20-40 km, dlugosc okolo 200, ale gory ma duzo lepsze niz nasze - najwyzszy szczyt to okolo 3,5 km npm
Tylko ci, co kosili trawe w rowach, oprocz takich jak nasze podkaszarek, mieli tez i uzywali maczet! Podobno Panama jest druga potega bankowa na swiecie, tuz po Szwajcarii, ale szybko ja goni, bo nie ma zadnych umow o udostepnianie danych klientow - czyli to idealne miejsce dla mafii i innych bossow do przechowywania i prania brudnych pieniedzy, poza tym Panama to takze jedna z najpopularniejszych tanich bander...
W Panamie posluguja sie rownolegle amerykanskimi dolarami, w zasadzie jako banknoty widzialem tylko dolary, i ichnia waluta - balboa, jako reszte dostalem cwiercdolarowke i rownowartosc balboa - mialy nawet te same wymiary.

A to sa motocykle policyjne, zatrzymali nas po drodze, nawet jedna policjantka to kobieta byla...
Z ciekawostek zaczerpnietych z wikipedii: to kraj, w ktorym przyrost naturalny oscyluje w okolicy 20 promili, a 30% ludnosci nie przekroczylo 14 lat zycia.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Sos do spaghetti












Spaghetti po polsku-bolonsku

Wiktuały:

3 cebule

olej

czosnek - musi być!

listki laurowe

ziele angielskie

mieso mielone - indycze, wołowo-wieprzowe, wieprzowe, co jest pod ręką - około pół kilo

koncentrat pomidorowy 30 g

sol, pieprz, ew. papryka, powidła, cukier - do smaku, wino czerwone

makaron spaghetti



pokrojoną dowolnie cebulę szklimy na rozgrzanym z listkami laurowymi i zielem angielskim tłuszczu
na zeszklona wrzucamy drobnymi kawałkami mięso mielone - im drobniejsze kawałeczki - tym lepiej
smażymy mięso do sczernienia lub zbielenia, jeśli drobiowe
dodajemy połowe rozgniecionego czosnku, koncentrat pomidorowy i grzejemy dalej, jesli zrobi sie przypalające - dodajemy pół szklanki wody
wszystko gotujemy około pół godziny do 45 minut
sol, pieprz do smaku, jeśli mięso jest kwaśnawe po tym wszystkim (zdarza sie, zależy od mięsa) dodajemy ze dwie łyżeczki cukru, ja dodaję zawsze z łyżke stołowa powideł, koniecznie węgierkowych, najlepiej międzychodu lub łowicza, na koniec podgrzewania drugie pół surowego rozgniecionego czosnku

w tym czasie można zacząć gotować wode na makaron spaghetti i ugotować go na "al dente", jak dodamy lyzke oliwy do wody bedzie sie mniej kleil, mozna go zahartowac zimna woda w durszlaku, ale wtedy sos powinien byc cieply.
sypiemy na makaron dowolną ilość pokrojonego na wiórki dowolnego sera żółtego
na to sos, mieszamy i obżeramy sie do nieprzytomności wspominając dawcę przepisu ciepłymi słowy

sos jest dużo lepszy, jeśli sobie postoi z dzionek boży w lodówce, przed podaniem warto go podgrzać, nawet w mikrofalówce

zimny jest też smaczny, na świeży chleb foremkowy np., konsystencja na ciepło powinna być raczej stała niż wodnista, coś jak dobra żołnierska grochówka, w której łyzka stoi pionowo

Wypróbowane na ludziach, że nawet podawane przez okrągly tydzień nie nudzi się, idealne danie kawalerskiej kuchni

powyższa porcja, jak to nie są chłopi z pola, starcza spokojnie na 5 osób na raz, a jak kto oszczędny i ma dzieci małe to na dwa dni na 3 osoby na luziku

w mojej wieloletniej karierze podawacza tego przepisu nie spotkałem jeszcze nikogo, komu by nie smakował, albo tylu dobrze wychowanych ludzi nosi świat, w co wątpię

sobota, 22 października 2011

Słów parę o Hiszpanii

kwiecien 2008
to akurat Barcelona i Sagrada Familia


I znooowu siedze na lotnisku, tym razem Oviedo/Asturias, bo Hiszpanie nie mogą się zdecydowac, której nazwy uzywać oficjalnie, na biletach jest Oviedo, a na tablicach świetlnych oczywiście, dla zmylenia przeciwnika - Asturias, to jest lekko zachodniopółnocne wybrzeże Atlantyku, wiec pogoda bynajmniej nie jest śródziemnomorska, czasem, jak jest słońce to dochodzi do 17-18 stopni w cieniu, ale jak deszcz i wieje to tyle co w Polsce, albo i mniej - teraz jest np 9, a w tym czasie u nas - 14, wieje i leje tak, jak nie przymierzając w Bergen, gdzie właśnie bawiłem ostatnio i dowiedziałem się, że to właśnie tam jest najwieksza ilość opadow na świecie! I odczułem to na własnej skórze też, bo na 2 tygodnie pobytu, byl jeden dzień taki, że z pieknego stanowiska widokowego na pobliskiej górze można coś było zobaczyc i powygrzewać sie w słońcu, a we wszytkie pozostałe juz bylo chmurno, durno, nieprzyjemnie, jak kiedyś śpiewał jeden z moich ulubionych wykonawców kabaretowych Jan Kaczmarek (niedawno przestał palić).
Hiszpanie albo nie mówią po angielsku - i wtedy nie jest to problem, trzeba samemu zacząć sie uczyć, albo mówia ze strasznym akcentem, dostałem krotkofalówke, zeby coś tam zsynchronizować, i o ile gościa na żywo jeszcze jako tako rozumiałem, to przez to urządzenie się już nie dało, musiałem biegać i "ręcznie" słuchać co trzeba robić następne.
A propos nauki, zamówiłem subskrypcję na bezpłatne kilka lekcji hiszpańskiego z jednej szkoły językowej i, o dziwo, przychodzą, regularnie co dzień jedna, nie można przyspieszyć niestety, więc jak dojdzie do jakiego takiego poziomu zaawansowania to ja już dawno pewnie będę znów w Norwegii, albo Botswanie. Ale za to wiem już dlaczego Mallorka czyta się Majorka i podobne rzeczy.
U nich po prostu dwa "l" (ll) czyta sie jak polskie "j", zawsze, a "v" jak polskie "b", tak ze swojsko wygladające vino czyta sie bino! (znaczy wlasnie wino, albo przyszedł) Dość popularne w kręgach barowych wyznawców słowo cerveza (piwo) czyta sie jak "therbeza" (jak w angielskim th) w hiszpanii, a "serbeza" w Amerykach
Mogę kilka zacytować, a są to mam nadzieję ciekawostki warte rozpowszechniania, bo obalanie stereotypów to jest jedna z moich ulubieńszych misji otrzymanych od Blues Brothers.
Np.:
W Hiszpanii zawsze świeci słońce. Nieprawda. Nie w całej Hiszpanii. Faktycznie, liczba dni słonecznych w roku jest imponująca, są jednak miejsca, gdzie całkiem zdrowo leje – przede wszystkim na północy. Podobno w Santiago de Compostela deszcz pada we wszystkich kierunkach, nie tylko z góry na dół, ale i z dołu do góry, z boku po przekątnej itp.
  Wszyscy Hiszpanie tańczą flamenco. Nieprawda. Czy wydaje Ci się, że wszyscy Hiszpanie klaszczą, przytupują i krzyczą Olé! przy dźwiękach gitary? Nie wszyscy. Flamenco to taniec pochodzący z Andaluzji, na północ od Kordowy nikt flamenco nie tańczy! Poza tym naprawdę tańczyć flamenco umieją nieliczni, cała reszta, no właśnie, przytupuje i malowniczo macha rękami.
  Wszyscy Hiszpanie chodzą na korridę. Nieprawda. Korrida to niezwykle silnie zakorzeniona w Hiszpanii tradycja, jednak przez wielu Hiszpanów uznawana jest za barbarzyństwo i wstyd narodowy.
A kiedy nie tańczą flamenco ani nie siedzą na korridzie, leżą na plaży. Prawda, w tym sensie, że większość Hiszpanów uwielbia plażę, słońce i morze (trudno się dziwić). Hiszpanie są bardzo przywiązani do swojego klimatu i kiedy jest im zimno albo kiedy przez szereg dni nie ma słońca, ich dusza cierpi! Wakacje większość Hiszpanów spędza we własnym kraju – na plaży. Po co się poniewierać po świecie kiedy wszystko co do szczęścia potrzeba ma się pod nosem?
Wszyscy Hiszpanie krzyczą albo „głośno rozmawiają”. Prawda. Cichym narodem to na pewno Hiszpanie nie są. Często kiedy słucha się jak rozmawiają, wygląda, że się strasznie kłócą, a oni
tylko rozmawiają!
Hiszpanie są komunikatywni, otwarci i przyjaźni. Półprawda. Hiszpan Hiszpanowi nierówny. Niektórzy zachowują zupełnie nordycki dystans, inni od razu zaczynają rozmowę i zapraszają do siebie „następnym razem jak będziesz w Walencji” – ale oczywiście nie podają adresu.
  Nie ma jednej Hiszpanii. Prawda. W każdym miejscu znajdziesz inną Hiszpanię. Podróż przez Hiszpanię to niezwykłe doświadczenie – krajobraz, zwyczaje, mieszkańcy, akcent, z którym mówią – zmieniają się jak obrazki w kalejdoskopie.
Hiszpanie celebrują posiłki. Prawda. Można im tego pozazdrościć! W Hiszpanii nie ma mowy o jedzeniu byle czego i byle jak, na ulicy na przykład. Posiłek je się za stołem, popijając szklaneczką wina lub piwa, w dobrym towarzystwie i bez pośpiechu.
  Hiszpanie śpią po południu czyli udają się na "siestę". Półprawda. Faktycznie, zwłaszcza latem, w południe na 2-3 godziny zamyka się sklepy i bary i wszyscy się gdzieś chowają. Co robią?
Niektórzy śpią, inni idą na obiad. W wielu firmach ludzie pracują bez tak długiej w środku dnia przerwy jak to miało miejsce dawniej – wszystkie biura mają klimatyzację i zmuszanie ludzi do
wychodzenia na dwie czy trzy godziny przestało mieć sens.
  Wszyscy Hiszpanie piją kawę. Prawda. Herbatę pije się kiedy boli żołądek.
  Hiszpanie „odwalają mañanę”. Nieprawda. Narody południowe są pokrzywdzone w tym sensie, że zawsze uważa się je za mniej pracowite. Jak w każdym innym kraju, jedni pracują więcej, inni mniej. Nie ma tu reguł. Na przykład, jeżeli chodzi o obsługę w restauracjach, wiele moglibyśmy się od Hiszpanów nauczyć.
  Hiszpania jest inna. Prawda. Było kiedyś takie hasło: „España es diferente”. Hiszpania naprawdę jest inna niż jakiekolwiek miejsce na świecie. Wszystko jedno czemu to przypiszemy: czy położeniu geograficznemu - naturalna bariera, Pireneje, oddziela Hiszpanię od reszty Europy, czy bliskości Afryki, czy burzliwej historii kraju, czy słonecznemu klimatowi - Hiszpania naprawdę „es diferente”.

A jako, że interesuję sie także historią lekutko, z uwzględnieniem historii języka, to znów zacytuję:

Wiadomo, że hiszpański jest podobny do włoskiego, portugalskiego, francuskiego… Są to tak zwane języki romańskie. I tu zazwyczaj kończy się nasza wiedza na ten temat…Dlaczego nazywają się romańskie? Kiedy właściwie ludzie zaczęli mówić po hiszpańsku?
W pierwszym tysiącleciu przed naszą erą półwysep zamieszkiwały nacje określane mianem Iberów (od nich nazwa geograficzna). Prędko też pojawili się przybysze z innych stron, między innymi Celtowie na północy i Fenicjanie na południu – na wybrzeżu Morza Śródziemnego, tam gdzie dziś jest Andaluzja, a także Grecy w dzisiejszej Katalonii. Część Iberów „wymieszała się” z Celtami i powstała nowa grupa etniczna – Celtyberowie.
  W tym samym czasie obie strony Pirenejów zamieszkiwały ludy, których wspólnym językiem był baskijski – język, którego pochodzenia w dalszym ciągu nie wyjaśniono.
Język hiszpański wziął się od łaciny, języka Rzymian. Rzymianie przybyli na Półwysep Iberyjski w III wieku przed naszą erą i pozostali tam aż do upadku imperium czyli do V wieku naszej ery. To dlatego tyle w Hiszpanii rzymskich pozostałości: amfiteatrów, akweduktów, mostów.
Kiedy myślimy o dzisiejszej Hiszpanii - o tym jak niezwykła i bogata jest jej kultura, jak bardzo różnią się od siebie jej poszczególne regiony, pamiętajmy, że na przestrzeni co najmniej dwóch tysięcy lat półwysep „odwiedzili” (między innymi) Celtowie, Fenicjanie, Grecy, Kartagińczycy, Rzymianie, Wizygoci i Arabowie. Obecność tych ostatnich miała ogromny wpływ na język, kulturę i architekturę Hiszpanii i przedłużyła się do prawie ośmiu wieków – od początku VIII do końca XV wieku n.e., tak długo trwała bowiem rekonkwista czyli odbicie półwyspu z rąk Arabów i ostateczna jego chrystianizacja.
W średniowieczu na dzisiejszą Hiszpanię składało się kilka chrześcijańskich królestw (Kastylia, León, Aragonia, Nawarra i Portugalia) plus tereny zajęte przez muzułmanów - głównie na południu.
Na długo przed połączeniem się chrześcijańskich państewek w jedno, część półwyspu znajdująca się pod władzą chrześcijan zaczęła być określana w Europie jako „Hiszpania” – już około wieku XI.
Jednak uformowanie się Hiszpanii kojarzy się przede wszystkim z małżeństwem Królów Katolickich – Ferdynanda Aragońskiego i Izabeli Kastylijskiej, zakończeniem rekonkwisty i rozpoczęciem podboju Ameryki. Miało to miejsce pod koniec XV wieku. Rok 1492 bardzo umownie oznacza powstanie Hiszpanii jako państwa.
Równolegle do wszystkich tych wydarzeń ewoluował język, który dzisiaj nazywamy hiszpańskim.
Najstarszy etap w historii języka hiszpańskiego to wieki średnie – między X a XV – zanim jeszcze Hiszpania stała się jednym państwem. Już w XIII wieku król Kastylii i Leonu Alfons X zwany Mądrym zlecił pisanie dzieł historycznych, astronomicznych i prawniczych, a także przetłumaczenie Biblii i sporządzanie akt notarialnych po kastylijsku, nie po łacinie.
Co znaczy kastylijski? Język hiszpański określa się też mianem kastylijskiego – castellano. Termin ten pochodzi od nazwy średniowiecznego hiszpańskiego: castellano to język, jakim mówiono w ówczesnej Kastylii (Castilla, tierra de castillos – ziemia zamków; zamków było tam mnóstwo ze względu na ciągły konflikt z Arabami i z innymi królestwami). Dzisiaj castellano i español to synonimy.
Historia nowożytnego języka hiszpańskiego zaczyna się w roku 1713, kiedy to powstaje Real Academia Española – Królewska Akademia Hiszpańska. Ta prestiżowa instytucja opiekuje się językiem hiszpańskim: określa normy, publikuje słowniki itp.
Ludność Hiszpanii oprócz hiszpańskiego posługuje się innymi językami, z których najważniejsze to: catalán – kataloński, gallego – galicyjski i vasco – baskijski. Nie zapomnijmy, że są to odrębne języki – nie dialekty hiszpańskiego.

Trochę to może nudne i niektorzy to mieli w szkołach, ale zostanie mi na blogu i będę sie mógł sobie zaglądnąć czasem.
Z ciekawostek bardziej szczególnych mogę podać, ze stacjonując w małym miasteczku, właściwie w malutkim baraczku należącym do stoczni w położonej naprzeciwko zatoce, można tam było zobaczyć jedną, drobną kobietę, przemykającą z jakimiś planami, a w czasie prób morskich okazało się, że jest to stoczniowy kapitan. Drobna była, starsza lekko chyba ode mnie i się tak biedula pochorowała w czasie 100 km rejsu, jak nie przymierzając ja, pierwszy raz w życiu, leżałem sobie spokojnie na podłodze zieloniutki, oddawałem Neptunowi, co jego i słuchałem muszli, po mniej więcej 2 godzinach mi przeszło. Jednak mały holownik nisko zanurzony to zupełnie coś innego niż duży 50-tysięcznik, jakimi miałem do tej pory okazje się rozbijać na próbach. Kiwa dosłownie we wszystkie strony i to z jaką częstotliwością!
Kapitan armatora był Anglikiem, niezły oryginał, przychodził w słomkowym kapeluszu i w trampkach, po raz kolejny przekonałem się, że Anglicy są naprawdę bardzo uprzejmi.
Miałem również okazję poklubingować po barach razem z Norwegami, moim mrukiem, od którego się miałem trenować w fachu, z żadnym skutkiem, bo musiałem sam do wszystkiego dochodzić patrząc co robi i wertując sam dokumentację, i drugim, z innej firmy, mającym zresztą dziewczynę w Gdańsku, Polkę, co niewątpliwie świadczy dobrze o jego dobrym guście i walorach rozrywkowych, nawet parę zdań po polsku już potrafił, i skończywszy koło 6 stwierdzić muszę, że tam nie ma sensu wychodzić w miasto przed 1-2 w nocy, pustki w barach, ruch zaczął sie naprawde dopiero koło 3, zapchane jak śledzie puby, mało kto w ogóle tańczył, głośno, nie wiem po co oni tam siedzą, skoro porozmawiać nie można. A miasteczko bardzo malutkie, nie wiem skąd się tam wzięło tylu ludzi na raz w tych pubach.
Drogi mają porównywalne do naszych, krajobraz o wiele ciekawszy, bo góry i morze naraz. Ładne wiadukty i mosty i duże przypływy i odpływy, na moje oko różnica poziomów około 3 metrów, może więcej. Jak był odpływ to nasz holowniczek siadał na dnie i nie można było odpalić silników, dlatego między innymi musieliśmy popłynąć taki kawał, bo za 2 -3 dni trzeba by było czekać z miesiąc na odpowiedni stan wody.

poniedziałek, 17 października 2011

O natury porządku...



Ostatnio mialem do czynienia z jedna refleksja: otoz mlodzi ludzie, z ktorymi mialem do czynienia jednoznacznie zauwazyli, ze sa domy, w ktorych czuja sie o wiele lepiej, niz w innych - tam jak wpadna, zostana posadzeni przy stole, na stol wyjedzie herbata, kawa, czy co tam zechca, jak bedzie to pora posilku - znajdzie sie zawsze cos na poczestunek, i to przy wspolnym z domownikami stole, zostana powypytywani, ale nie z niezdrowej ciekawosci, ale zyczliwie, co tam slychac, jak zycie plynie - a nastepnie - co wazne - wysluchani co maja do powiedzenia. Nie byloby w tym nic specjalnie dziwnego - sa takie miejsca, gdzie ludzie lubia i takie, gdzie nie lubia bywac, ale do tej refleksji doszla jeszcze jedna - zwykle domami, w ktorych ci mlodzi ludzie lubia bywac sa takie - jak to eufemistycznie okreslili - w ktorych wspolczynnik nieuporzadkowania jest wyzszy niz pokazywane jest to w folderach reklamowych plytek ceramicznych badz mebli i wnetrz... Nazywajac rzecz prosto z mostu - panuje tam rozgardiasz, nie ma poukladanych pedantycznie recznikow w lazience, pewne, od dawna zostawione niepotrzebne na pozor sprzety pozostaja niesprzatniete dlugie dnie, jak nie miesiace.... Generalnie - zwraca sie uwage na rzeczy inne niz porzadek za wszelka cene. Podoba mi sie ta refleksja, nie od rzeczy jest tu uwaga, ze sam nie naleze do tych porzadnickich, a do tego znalazlem sobie uzasadnienie - czy kto widzial porzadek na biurku geniusza? Jakos tak mi nijako, a mam wrazenie ze nie jest to odosobnione uczucie, ze w nieskazitelnym wnetrzu, gdzie gospodarz, badz gospodyni, czyha ze zmiotka na kazdy okruszek, poprawia nerwowo kazda falde na obrusie czy z okrzykiem przerazenia patrzy na krople, ktora skapuje z butelki na podloge to nie jest nastroj na rozluznienie, swobodna rozmowe, wymiane mysli, uczuc, wrazen...
O dziwo, sa oczywiscie wyjatki, ze chadza sie do ludzi, ktorzy maja mieszkania ladne, wystudiowane, zadbane i nie robia z tego specjalnego halo, ale to z wlasnego doswiadczenia - na palcach jednej reki stolarza policzyc mozna...
Tak samo zwierzeta - jesli jest ich sporo, jakies koty psy, papugi, rybki, zolwie, weze, krokodyle - od razu, jesli nie sa rozpieszczone i w miare zdyscyplinowane (czyli pies nie rzuca sie na wieczorowo ubranych gosci z pazurami do lizania przy poblazliwym spojrzeniu gospodarza - 'czyz nie jest on uroczy - tak lubi gosci') - mozna stwierdzic, ze dodaja klimatu, w ktorym czujemy sie dobrze.
No i jeszcze sprawa kapci, zdejmowania butow i podlog - byc moze znow jestem odosobniony w tym pogladzie, ale uwazam, ze to podlogi sa po to, zeby znosic obuwie ludzi, a nie odwrotnie - sam widze, jak jest bloto, to wejscie w mokrych zabloconych butach nie jest szczytem marzen gospodarzy, ale jak jest sucho, wybieramy sie w gosci, panie na obcasach, panowie w lakierkach - nieodwolalne zaproszenie do zdjecia obuwia, badz przyniesienie miekkich kapci - jest nie na miejscu, trudno - naniesie sie - to sie posprzata. Inna opcja swiadczy o pewnym ograniczeniu umyslowym badz problemami osobowosciowymi wyladowywanymi w pedantycznosci, checi uporzadkowania coraz bardziej nas otaczajacej nas rzeczywistosci...

I to by bylo na tyle, a nawet na przedzie...

sobota, 8 października 2011

Przemyślenia zgryźliwego tetryka

"Niebo jest wtedy, gdy policjantami są Brytyjczycy, szefami kuchni Włosi, mechanikami Niemcy, kochankami Francuzi, a wszystko zorganizowane jest przez Szwajcarów.
Piekło jest wtedy, gdy policjantami są Niemcy, szefami kuchni Brytyjczycy, mechanikami Francuzi, kochankami Szwajcarzy, a wszystko zorganizowane jest przez Włochów..."

Bedzie groch z kapusta, moze byc niestrawne:



1. Lubie latac, tak samo jak szybko jezdzic. Kiedys uslyszalem opinie filozofa,
zakonnika zreszta (Bohenski), ze przyjemnosc jazdy to przyjemnosc syntezy - czlowiek na co
dzien ciagle analizuje, w czasie jazdy musi poskladac do kupy wiele zjawisk
zachodzacych, przy predkosci okolo 200 km/h blyskawicznie, musi szybko
decydowac, bo inaczej zginie. Cos w tym chyba jest.


A zreszta to ciagle dazenie ludzi do zachowania maksymalnego bezpieczeństwa jest jakies takie jak leczenie kompleksow, lekow, obaw, zreszta nieudane, bo jak cos nieprzewidzianego się wydarzy to i tak traci się kontrole, nie panuje nas wydarzeniami, i jeśli się potem przezyje to chwali się tym wniebogłosy.
Cytat ostatnio przeczytany u Strugackich tu chyba pasuje: "Istnieje potrzeba zrozumienia świata, a do tego wiedza nie jest potrzebna. Dla przykładu - hipoteza o Bogu daje z niczym nieporównywalną możliwość zrozumienia absolutnie wszystkiego, absolutnie niczego się nie dowiadując..."
Wracając do latania - z gory swiat wyglada niezle, choc mniej szczegolowo, nawet Rumunia i Rosja nie odbiega z gory od reszty, sa drogi, swiatla, widoki, choc samotnych jachtow na
jeziorach zdecydowanie mniej niz tam gdzies bardziej na zachod. No a gory z samolotu i chmury to przezycie wrecz mistyczne, i to mowie ja - zagorzaly realista. Przyszlo mi zyc
tu i teraz, majac to co mam, a cenie glownie to, co mam w glowie, pamieci,
wspomnieniach, kontaktach, wiec narzekac na reszte to grzech.

2. Ostatnimi laty widze, ze bardzo wiele wysilku ludzie wkladaja w to, jak
wygladaja, od cwiczen, diet, pieniedzy na ubrania, do kosmetykow, czasochlonnych
procesow upiekszajacych. Zastanawiam sie, jak wyglad zewnetrzny moze
determinowac zycie - myslalem, ze nie powinien miec wplywu na psychike i
samoocene, a jednak... nie ja tego doswiadczylem, ale moj kolega - niski,
ponizej przecietnej, niesamowity charakter za mlodu, teraz, po kilku okresach
bezrobocia i z alimentami - nie ten czlowiek, zrobil sie formalista, zmarnowanym
kunktatorem, zamknietym i smutnym okazem. Kiedys zaliczyłem wyjscie do filharmonii w garniturze i trampkach, nie czulem się wcale nieswojo, ani nie miałem ciągłego wrazenia, ze jestem nie na miejscu i co ludzie powiedza. Czemu, to jest zagadka, kobiety tak bardzo odczuwaja dyskomfort, gdy nie maja takiego ubrania, makijażu czy fryzury jakby chcialy?


Potezna to próżność, tak zwracać uwage na swój wyglad, a do tego to podporządkowywanie się gustom facetow... Przeciez gdyby kobiety tego nie robily faceci by kochali je takie, jakie naprawde sa - czasami rozczochrane, ziewające, bez makijażu. Nie musiałyby się tak stresowac, ze rano po nocy upojnej partner się zbudzi, popatrzy i pomysli - ło Jezu , kto to? Czy to ta sama osoba co wczoraj wieczorem?? Albo ze kolezanka z pracy powie - Ach, jak ci ladnie... w tej perudze!
Truizmem jest twierdzic, ze lepiej byc zdrowym, bogatym, mlodym i silnym, jednak
nie umiemy chyba stawac sie powoli mniej zdrowymi, silnymi, nie przejmowac sie
przyszloscia i w ogole - bialy czlowiek nie umie cieszyc sie chwila, ktora trwa
- za mlodu martwi sie o przyszlosc, na starosc tylko wspomina przeszlosc.
Wiadomo - lepiej zalowac za grzechy niz za to, ze nie ma czego zalowac, ale...
jak wiadomo kazdy kij ma dwa konce - to ile koncow ma 3 i pol kija?
Nie lepiej byloby ten czas, spedzony na tych syzyfowych w koncu wysilkach
poswiecic czynnosciom, po ktorych wzbogaca sie wewnetrznie i co pozostanie do
konca zycia? Nidy nie zwracalem uwagi na kobiety nienagannie wygladajace, zwykle
okazywalo sie, ze to byl tylko wyglad - nic w srodku, choc musze przyznac, ze sa
wyjatki. Kiedys polubilem dziewczyne z pracy po tym, jak na angielskim trzeba
bylo wydawac wlasne opinie, opisywac zyciorys, okazalo sie, ze pojechala z
glupia frant do Afryki Poludniowej, na luzno rzucone zaproszenie kolegi, ze jest
pozytywnie zakrecona, ze oprocz perfect angielskiego zna tez holenderski, ze
studiowala budowle wodne, ze mieszkala w obcym kraju dwa lata sama w dzielnicy,
gdzie nozownicy byli na porzadku dziennym i nocnym, ze najlepszym jej kumplem
byl kolorowy homo, ze... a w pracy to byla cicha myszka...no, na szczescie
znalazla doceniajacego ja chlopa, tak jak chciala, co prawda obcokrajowca, ale
jest szczesliwa, mimo nierewelacyjnego wygladu, co do ktorego miala uwagi od jej
owczesnego szefa (sic!)

3. Jestem troche ograniczony umyslowo, bo glowe sobie lamie, skad sie biora
naturalne tendencje czlowieka do zbierania sie w kasty, kliki, grupy, co samo w
sobie nie jest naganne, ale zaraz po tym zaczyna sie porownywanie,
przesladowanie i wykluczanie z danej paczki - po co? Polecam film: Władcy much, ten oryginalny, choc rysunkowi Wlatcy móch są tez obledni, Czesio lubi Czesia.


O ile za czasow prehistorycznych mialo to jakies uzasadnienie, wiadomo, razem
latwiej bylo przetrwac zime, zagonic mamuta do pulapki czy zdobyc nowe pola
jagod do zbierania, ale teraz? Dlaczego ludzie nie lubia sie uczyc czegos
nowego, przeciez dziecko bawiac uczy sie najwiecej, nigdy pozniej nie osiagamy
takiej szybkosci uczenia jak za dzieciecych czasow. Jakos w dziecku szybko
zabija sie ciekawosc swiata zinstytucjonalizowaną, skostnialą szkolą, nikt
nikogo nie uczy myslenia, wyciagania wnioskow, dawania sobie rady w zyciu,
rozwiazan zastepczych, jesli glowne zawioda, tego, ze razem dzialajac jest
latwiej, jak sie dogadywac, a tylko formulek, definicji, z ktorych nikt niczego
nie moze wymozdzyc dla siebie. No tak, powinno sie tez uczyc w szkole, jak sie
nie dawac nabijac w butelke, nie byc oszukanym, zapedzonym w sytucje z jednym,
niekorzystnym wyjsciem, ale jak nazwac taki przedmiot? Juz nie mowie o tym, ze
uczy sie mitochondriow i eugleny zielonej, ale nie: jak zapobiec ciazy i w
zwiazku z tym nie dawac faktom zaistnialym kierowac swoim zyciem, i wcale -
gdzie dokladnie jest sledziona i jak odroznic lechtaczke od pochwy (nota bene -
zupelnie nieszczegolnie trafione nazwy).
Najgorsze jest to, ze zauwaza sie prymitywne zachowania - ja je nazywam
'podsiebierne', zawistne i urazone ambicje u teoretycznie najtezszych umyslow,
naukowcow, czy to w zwyrodnialym srodowisku nauki polskiej, czy obcej - ciagle
cos slychac o jakichs aferkach, wiekszych lub mniejszych, a zaczyna sie to od
faworyzowania lub nielubienia poszczegolnych uczniow od szkoly podstawowej.O
politykach nie wspomne, bo dla mnie to targowisko proznosci, ambicyjek,
kastowosci i w ogole jest ponizej poziomu zainteresowania. Czemu czlowiek, mimo
ze wie co jest dobre, poprawne, korzystne, dziala tak samo jak za jaskiniowca?
Juz obserwujac sobie pewne zjawiska, glownie w internecie, mozna zauwazyc, jak
ludzie wylaza ze swoich masek, kiedy tylko poczuja, ze sa bezkarni, anonimowi.
Po co kogos wyzywac od ostatnich? Czy temu komus ulzy jak nabluzga na drugiego,
albo wie, ze sprawi komus przykrosc, zdenerwuje, zepsuje dzien? Chore to
wszystko, jak dla mnie. Uwazam, ze jesli komus sie nie udalo zablysnac tu i tam,
nie trzeba go pograzac opiniami, docinkami, arbitralnie ferowanymi wyrokami co
do jego kondycji umyslowej, facjaty, figury tudziez niedostatkami owych,
milczenie i ewentualne usuwanie komentarzy ponizej uznanego przez siebie poziomu
minimalnego to chyba najlepsze co mozna zrobic. Jak ktos nie jest zbyt bystry,
to pyskowka z nim i tak niczego go nie nauczy, sposobu na zmiane jego stanu
umyslu jeszcze chyba nie wymyslono. Kurcze, jesli dyskutujesz z idiota, zastanow
sie, czy on nie robi tego samego :)

4. Kiedys nawet Janda mogla byc obiektem kpin, bo chodzila odpicowana na rozowo,
przesadnie umalowana, w kozaczkach i td, a dlaczego? Bo jej synowie, wowczas
mali bardzo, ja o to prosili, bo chcieli, zeby mama byla 'ladna' tak jak im sie
podobalo, a ona uznala, ze dzieci sa wazniejsze niz opinia publiczna i nic sobie
z tej ostatniej nie robila. I co - komentarz 'pustak' bylby tu na miejscu?
Kiedys spotkalem sie z wyjasnieniem islamskiego ubioru - owe biale dla mezczyzn,
czarne dla kobiet w krajach arabskich stroje, jednakowe dla wszystkich, maja byc
po to, zeby nie oceniac czlowieka po ubraniu, nie szufladkowac go - bizneswomen,
smieciarz, ksiaze, klasa srednia, zanim nie zacznie sie z nim rozmawiac i dowie
sie czy jest inteligentny, czy glupi, zgrabna to byla interpretacja, nie powiem,
co nie znaczy, ze nie widze wszystkich zwyrodnien islamu, zwlaszcza jesli o
pozycje kobiet chodzi. Swoja droga, dlaczego to nigdzie faceci nie nosza okryc
twarzy, no moze poza zolnierzami yakuzy, podejrzewam, ze dlatego, ze jest to po
prostu niewygodne. I dlaczego nie maja cellulitu? Bo jest brzydki.


Wiadomo: idea jest jak latarnia morska - nalezy do niej dazyc, ale idiota jest
ten kto na niej rozbije statek, takie zycie i w ogole...

wtorek, 20 września 2011

Sachalin

Dane mi było pojechać służbowo na Sachalin, a tak się szczęśliwie/nieszczęśliwie złożyło, że poleciałem tam dokładnie dzień po tym wielkim trzęsieniu ziemi w Japonii (dla tych, co z geografii mieli tylko trójkę wyjaśniam, że Sachalin to wyspa nie dalej jak 50 km od ostatniej wyspy Japonii - Hokkaido).


Jak miałem wyjeżdżać, to znajomi pytali mnie, czy nie obawiam się lecieć, ale jak wiadomo z tego, czego się obawiamy - 98% się nie zdarza... Poleciałem, nie wierzcie wikipedii, droga 24 h promem, zależnie od pogody, to nie jedyny sposób na dostanie się na tę egzotyczną ale i swojską, przez to, że należy do Rosji, wyspę. Normalnie są loty dużym międzykontynentalnym samolotem prosto z Moskwy, czas lotu 8,5 - 9 godzin. Jedyne co - to trzeba się naczekać w Moskwie i zmienić terminal z międzynarodowego na krajowy. No i jak się leci, to czas zatrzymuje się przy locie w jedną stronę, a biegnie podwójnie szybko w drugą (albo odwrotnie)
Kraj jest o tyle ciekawy, że do 2 wojny światowej wyspa była w połowie administrowana przez Japonię, a w połowie przez Rosję, po czym cała przeszła pod administrację Rosji, nie wiem, czy dobrze na tym wyszła.



To jedyne miejsce w Rosji, gdzie rozstaw szyn kolei jest taki jak w Japonii, a samochodów z kierownicą z prawej strony jest więcej niż tych normalnych, choć obowiązuje ruch prawostronny. Mają nawet swój patent - zestaw lusterek zewnętrznych w układzie peryskopowym, pozwalający na zobaczenie, czy droga jest pusta przy wyprzedzaniu, siedząc z prawej strony pojazdu. Większość prywatnych pojazdów, łącznie z taksówkami, to indywidualny import z Japonii, zresztą stan techniczny jest nie do pozazdroszczenia, w najlepszym wypadku to popękana przednia szyba, w gorszym zupełnie dobite zawieszenie.
Benzyna tam w przeliczeniu jest tańsza niż nasz gaz LPG. Port lotniczy lekko prowincjonalny, ale jak widać normalny boening może tam lądować, i całe szczęście, bo prom jest z lat 50tych ubiegłego stulecia i płynie około 24 godzin.
Byliśmy tam na wiosnę, w marcu, z początku było co najmniej 8 stopni mrozu w słoneczny dzień, w nocy kilkanaście poniżej zera, wszystko zamarzało błyskawicznie, ale już po około 2 tygodniach zaczęły się temperatury dodatnie na słońcu, i przyroda oszalała - dosłownie pąki roślin rosły w oczach.


Kolega natychmiast poślizgnął się na oblodzonych schodach i nadwerężył nogę, którą miał po niedawnej operacji kolana, zabawne jest, że sprowadzony w zastępstwie Duńczyk w dniu przyjazdu również się poślizgnął, na wyglądającej na mokrą kałuży i... złamał sobie rękę, po czym wyjechał :)
Cała żywność na Sachalinie jest sprowadzana z kontynentu, albo samolotem, albo promem, w związku z czym ceny jej są wyższe niż (sic!) w Norwegii, co przy średniej zarobków niewiele wyższej niż w całej Rosji powoduje, że nie ma tam otyłych ludzi! :)
Generalnie ceny są tam mocno norweskie, a większość rzeczy pochodzi z Chin.
Mieszkaliśmy w Chołmsku, około dwóch godzin jazdy przez ośnieżone góry ze stolicy regionu - Jużnosachalińska, po drodze widzieliśmy ze 3 stłuczki, nie dziwota, skoro śnieg pokrywał całkowicie asfalt, a zaspy sięgały 2 m wysokości.


Nasz kierowca jechał całkiem pewnie na oblodzonych odcinkach, potem się okazało, że miał opony z kolcami. Wielu z kierowców taksówek ma koreańskie, chińskie lub japońskie rysy.
Język rosyjski, znany i trochę już zapomniany od czasów szkolnych i tym razem był niezastąpionym środkiem komunikacji werbalnej, jakby powiedzieli językoznawcy.
Góry, o ile chwilami były widoczne przez zadymkę były piękne - jak to góry, porośnięte choinkami, malownicze, nieprzystępne...



Nawiązując do trzęsienia ziemi w Japonii tamtejsze środki masowego przykazu nie wykazywały jakiejś paniki podobnej do histerycznych doniesień zachodnich, aczkolwiek po paru dniach w hotelu pojawiły się ulotki, oczywiście tylko po rosyjsku, co robić na wypadek ogłoszenia alarmu o skażeniach promieniotwórczych i jak szukać dalszej pomocy. Przydały się teraz wykłady z fizyki na studiach, z których wyniosłem, co naprawdę może być groźne w związku z promieniotwórczością, tak że niespecjalnie się przejmowałem informacją o lekkim zabarwieniu histerycznym, szerzoną przez nierzetelnych pismaków.
Widoki z jedynego godnego uwagi hotelu 'Chołmsk' były całkiem całkiem - z jednej strony morze, z drugiej nieco w oddali piękne góry i panorama niewielkiego miasta, rozciągającego się w pasie około kilometra - dwóch między morzem a wzgórzami, ośnieżone to wszystko, chciałoby się mieć taki widok z okna domu...
Gospodarka tam opiera się głownie na usługach i obsłudze roponośnego szelfu sachalińskiego, są tam platformy wiertnicze i przetwórcze, potrzebne są rurociągi, kontenery do przewozu wydobytego błota i do cementu do zalewania odwiertów, pozostałe gałęzie gospodarki mocno kuleją, troche usług dla ludzkości - transport z niezastąpionymi w Rosji marszrutkami - busikami, sklepy, szkoły, szpitale, jak wszędzie.



Rozmawiałem z rdzennymi mieszkańcami stamtąd - drugi mechanik z rysów Japończyk miał matkę w Japonii, pierwszy mechanik urodził się, wyuczył i pracował całe życie właśnie w Chołmsku. Opowiadał o urokach i niedogodnościach życia tutaj, ludzie, jak wszędzie w Rosji, do obcych Słowian bardzo życzliwi. Moje ulubione pielmieni były w każdym sklepie, gotowaliśmy je na statku w porze obiadowej i - mimo ich jedzenia przez cały miesiąc codziennie - nie znudziły mi się!

Kristinehamn, Szwecja

Wlasnie przebywam w pieknej goscinnej od czasow potopu szwedzkiej ziemi, na dlugim, 4 tygodniowym szkoleniu i mieszkam sobie sam w ogromnym, w porownaniu do hotelowych klitek, apartamencie 2 pokojowym z kuchnia, lazienka i dlugimi schodami, z sasiedztwem rdzennych mieszkancow tej ziemi, kristinehamnenczykow. Posiadanie auta z wypozyczalni nie jest najgorszym rozwiazaniem, gdy sie chce pojezdzic po okolicy w czasie wolnych i pustych jak proznia kosmiczna weekendow.

Okolica to zacna, wies spokojna a wesola, populacji okolo 18 000 dusz, w krajobrazie plaskatym, albowiem na polnocno-wschodnim brzegu najwiekszego jeziora Szwecji - Vaernen (przez a umlaut) sie znajdujaca, w ladnym miejscu, gdyz w rownych odleglosciach 250 km od Oslo, Goeteborga i Sztokholmu.

Jedyna chyba atrakcja tej miejscowosci warta wzmianki jest tor gokartowy, pieknie skomputeryzowany, zanim sie wysiadzie z gokarta juz mamy wydruk o srednich czasach przejazdu, najszybszym czasie pokonania toru, ogolnym miejscu w klasyfikacji, ilosci przejechania granicy toru itp. Cena takiej imprezy nie jest wygorowana, od okolo 100 koron za niepodkrecony gokart, do 45 km/h rozwijajacy, do 160 SEK za podrasowany - max 85 km/h, i na takich wlasnie scigalismy sie z innym serwisantami z firmy, przybylymi z roznych swiata stron, od Chile i Singapur przez Francje, Danie, po Niemcy.




A, bylbym zapomnial, z atrakcji turystycznych, w niewielkiej odleglosci od centrum miasta, aczkolwiek raczej nie na piechote, znajduje sie pomnik Picassa, z tego co wyczytalem, jedynie jego projektu, bo osobiscie budowy pomnika nie dogladal, nie wiadomo, czy nawet byl kiedykolwiek w Kristinehamn...

W lewo na mapie jest Karlstad, gdzie we wschodniej czesci/dzielnicy Bergvik duze centrum handlowe sie znajduje (wielkoscia do zludzenia przypominajace to w Gdansku, z obowiazkowa Ikea i jej slynna sala restauracyjna, gdzie podaja takie same tanie dania (nie probowalem), podobno ilosc kupujacych jest porownywalna z iloscia zwiedzajacych wieze Eifell'a w Paryzu, i drugim centrum handlowym, w samym centrum miasta z parkingami podziemnymi, Mitticiti. Miasteczko Karlstad niczym szczegolnym sie nie wyroznia, poza duza iloscia Rosjan juz zasymilowanych, i innych chyba Pakistanczykow, podobniez.

Z drugiej strony mapy od Kristinehamn, gdzie przebywam, jest rownie mala Karlskoga, slynna glownie z tego, za Alfred Nobel byl tam zarzadca fabryki broni Bofors i mial tam laboratorium, gdzie prawdopodobnie wymyslil swoj wiekopomny wynalazek - dynamit. Obecnie jest tu muzeum Nobla, nieszczesliwie po sezonie zamkniete, jednak kilka wiekszych eksponatow stoi na wolnym powietrzu i mozna sobie popatrzec np. na piekny gasiennicowy transporter opancerzony, czy turbine wodna no i oczywiscie na domek samego Nobla. Dzieci maja tu podobno sale zabaw z mozliwoscia przeprowadzania eksperymentow fizycznych, mam nadzieje, ze nie z dynamitem. Jako eksponat jest rowniez sciana stalowa grubosci 40 cm, przez ktora przebilo sie kilka pociskow przeciwpancernych dla Argentyny produkowanych



W okolicach tych trzech miast jest atrakcja turystyczna (niestety nie po sezonie) - mozliwosc wypozycznia drezyny rowerowo napedzanej i pojezdzenia okolo 40 km szyn kolejowych, juz nie uzywanych, jednakze nadal w dobrej kondycji i niezarosnietych trawa, gdyz do jej przycinania specjalnie przygotowano kosiarke drezynowa, zrobiona ze zwyklej kosiarki do trawnikow i starej drezyny pedalowo napedzanej




W nastepny weekend, o ile mnie wczesniej nie wygonia na jakies uruchomienie do Bulgarii, mam zamiar zobaczyc kanal umozliwiajacy wplywanie statkow do ok. 90m dlugosci rzekami i jeziorami do Goteborga i bodajze Sztokholmu, z ladnymi sluzami i sciezka rowerowa wzdluz.

Do dodatkowych miejscowych miejsc rozrywki jakos nie mam ochoty zagladac - samemu kregle zbijac w kregielni - jest tu takowa - jakos tak nijako, do kina (tez istnieje, co jak na taka miejscowosc w Polsce byloby nie do pomyslenia) lepiej chyba pojsc w domu, z rodzinka.

Wiekszosc tych miasteczek w naszej, polskiej wersji jezykowej wikipedii miala tylko linijke opisu, wiec pozwolilem sobie przetlumaczyc z wersji angielskiej i pododawac pare zdjec.